2012-01-26 ...
Błyskawiczny dzień. Nawet nie wiem, kiedy dogonił mnie wieczór. Niezmęczony minionymi godzinami, pomimo, że w służbowych sprawach utonęłam. Pomimo, że służbowe sprawy pożarły mnie całą. Od opuszków palców po same końce włosów. Bieg. Tempo. Działanie.

Mroźny wieczór mrozem na ustach i szronem na włosach, które wiatr przypadkiem zaplątał w mój oddech. Zimne ciepło mijanych latarni. Chodniki w śniegu, wyziębione jak moje policzki. I bezruch, zmęczonego dniem, miasta dookoła. Skrzenie. Skrzypienie. Cisza.

Noc na palcach po nitce minut stąpa. Niesenność mnie kołysze. Myśli szeleszczą spokojem, moim miarowym oddechem i łagodnym ciepłem mieszkania, w które się wtulam żeby ogrzać zmarzniętą siebie.
Zamarzenie i zamyślenie.

To tylko ja.
2012-01-24 ...
Nie wiem czy moje samounicestwienie (zawsze oczywiście będące niezamierzonym efektem działań) jest już w stanie aż tak zaawansowanego postępu, że dzieje się bez udziału mojej świadomości czy po prostu przestaję odczuwać pewne drobiazgi, które orają mój naskórek. Prawdziwość którejkolwiek z opcji wydaje mi się mało wygodna. Co więcej obie mogą być niebezpieczne dla delikatnej mnie i prowadzić do przedwczesnego zniknięcia z tego świata.

Wymagam ratunku. Natychmiast. Zanim będzie za późno.

Dzisiaj rano byłam cała, bez najmniejszego zadrapania. Natomiast po powrocie z pracy zauważyłam na swojej prawej ręce, pomiędzy łokciem a nadgarstkiem, siedmiocentymetrową linię, wyglądającą jak ślad po pazurze wściekłego kota. Głęboki rys. Zdziwiona nie potrafiłam przypomnieć sobie skąd, kiedy i o co się uszkodziłam. Przeprowadzone dochodzenie i badanie materiału dowodowego, jakim były części garderoby, mające bezpośredni kontakt z miejscem zbrodni, nie przyniosło żadnych wskazówek. Ubranie całe, bez śladu przestępstwa. Przesłuchanie domniemanego świadka, Mojej Pamięci, wyczerpujące cały wachlarz możliwości takich jak łagodna perswazja, zastraszanie, proszenie i w końcu próba przekupstwa, nie zaowocowało uzyskaniem rysopisu sprawcy. Rewizja osobista nie wskazała na posiadanie jakiegokolwiek dowodu obciążającego albo naprowadzającego na odpowiedni ślad. Wydany i zrealizowany nakaz przeszukania poszczególnych przegródek wspomnień, nie przyniósł odpowiedzi na postawione pytania. Trop zaczyna się i urywa na mojej ręce.
Po drobiazgowym zbadaniu sprawy w związku z brakiem dowodów, śledztwo zostaje umorzone. Domniemywa się jednak, ze nastąpiło cudowne samo, które się stało. Istnieją także obawy, że sprawcy mogą ponowić atak.

Bez dwóch zdań. Potrzebuję ochrony.

Przed sobą ;)
2012-01-23 ...
Dostałam przez przypadek. Rykoszet obcej złości, frustracji i zawiści wbił się pod moją skórę niby zupełnie niechcąco. Niepogodą się stałam. Wewnętrznym tornadem emocji. Katastrofą słów, które powiedziano i paradoksalnie spokojem tych, które wysyczałam. Nie wiedziałam, ze jesteś taka wrażliwa. Usłyszałam. I nawet ironiczny uśmiech nie chciał wypełznąć na twarz. Bo skąd miałaby wiedzieć. Przecież do mnie podobno nie da się zbliżyć.

Nie ugładzam się w oka mgnieniu. Nie łagodnieję w kilka sekund. Nie potrafię znaleźć w sobie magicznego przełącznika, który jednym pstryknięciem potrafiłby mnie przestawić z "niefajnie" na "zajebiście". Nie mam takich umiejętności. I nawet "przepraszam" nie zmienia mnie w wiosnę. Niektórzy jednak w zadziwiający sposób potrafią w jednej chwili być wkurwieniem a kilka sekund później krainą łagodności i pozytywnej energii. Jakby nic się nie stało.

Złoszczę się na peemes i na siebie, o to że się złoszczę. A później ogrania mnie zniechęcenie, które zachodzi mnie od tyłu. Otacza ramieniem i przyciąga do siebie. Myśli robią niezdarny krok w poszukiwaniu słów i potykają się o nieprzełożenie na zdania.

Czekam na uderzenie przepisowej dozy radości, której przyjmowanie zaordynowałam sobie ja sama. Samozwańcza terapeutka swojej niepogody. Bo kto jak nie ja?
2012-01-18 ...
Z ciepła pościelowego. Z łóżka pachnącego tylko mną. Ze snów, których tym razem nie pamiętam (może nie śniło się nic?) wyciąga mnie jak zwykle budzik i obowiązki. Wspinam się na palce własnych możliwości, aby z energią wtargnąć w przedświtanie. Otworzyć oczy i odprawić rytuał wszystkich porannych czynności. Ocieplam się i budzę gorącym strumieniem wody. Przecieram palcami zaparowane lustro w łazience i uśmiecham się do zamazanego odbicia. Bardzo często to robię. Prawie automatycznie. Pomimo, że w taki poranek, kiedy niewiarygodnie bardzo chcę móc jeszcze tylko na chwilę zamknąć oczy i na kilkaset kolejnych oddechów wcisnąć się na bocznicę codzienności, która tym razem mogłaby budzić się bezszelestnie obok i beze mnie, jest to nieco trudniejsze. Trudniejsze nie znaczy jednak niemożliwe. Kawę wypijam z przymkniętymi oczami.

Domykam poranek domowy, przekręcając klucze w zamku. Obcasy wybijają zdecydowany rytm na stopniach schodów. Po drodze w dół, mijając kolejne piętra, wrzucam klucze do torebki, zakładam rękawiczki. Odpowiadam na "cześć" rzucone przez sąsiadkę, która poza obszarem klatki schodowej udaje, że mnie nie zna i wychodzę. Śnieg wpada w oczy tuż za drzwiami. Mróz szczypie lekko w policzki. Miasto się budzi. Bez spektaklu pospiesznego wschodu słońca. Ze skazą brudnej bieli w pejzażu. Z fragmentem nocy wycofującym się przed dniem. Wciąż jeszcze chcę zamknąć oczy i odpłynąć w umysłowe spa.

Wchodzę do biura. Senność gubię gdzieś pomiędzy telefonem, rozmową, mailem, podpisem dokumentu i powoli na sinusoidzie zaczynam przemieszczać się w strefę całkiem dobrego humoru. A kiedy myślę, że tym razem niepamiętaniem w pracy będę, tonę w naj wznoszonym pachnącą kawą.

W zasadzie. To nawet całkiem miłe.
2012-01-16 ...
Poniedziałek powoli dobiega do mety. Podkręcam grzejniki na najwyższe obroty. Zatapiam się w fotelu. Palce owijam wokół kubka z (o dziwo) herbatą. Spod półprzymkniętych zmęczeniem powiek patrzę na tabele zlecenia, któremu poświęcam wieczór. Chwilowy bezruch. Nie ma mnie. Chociaż jestem.

Zimno i ciepło. Naprzemiennie.

Przebiegam delikatnie dotykiem palców po lewej stronie głowy. Pod opuszkami pulsujący ból. Pamiątka po nieuwadze sprzed chwili i spotkaniu z drzwiami kuchennej szafki. Otwartymi po skosie nade mną. Półkula odpowiedzialna za język pisany i mówiony protestuje. Nie piszą się same myśli. Nie chcą się mówić słowa. Jestem. Chociaż mnie nie ma.

Senność i "muszę skończyć zlecenie pomimo".

Przednoc w kontrastach.
2012-01-14 ...
To może jednak. Nie pisać o tym, co mnie uśmiecha. O tych wszystkich drobiazgach, nic nieznaczących mikro sukcesach. Bo, że wyjazd udany i zdjęcia śniegowe. Było. Bo, że będzie nowy sprzęt pracowy i że moja praca zostaje doceniana. Też. A wcześniej… Ostatnie wpisy…

"Zdolna jestem niesłychanie,
Najpiękniejsze mam ubranie,
Moja buzia tryska zdrowiem,
Jak coś powiem, to już powiem,
Jak odpowiem, to roztropnie"


To może jednak nie pisać o tym, co mnie spotyka. O tych wszystkich bzdurach, nic nieznaczących dla świata. Bo, że jakiś typ mnie zaczepił i że czasem przeklinam. Było. Bo, że będą imieniny, że moje bycie cieszy, jest ważne i że w pracy się układa. Też. A wcześniej… Wpisy ostatnie….

"Wiem, gdzie Wisła jest na mapie,
Jestem mądra, jestem zgrabna,
Wiotka, słodka i powabna"


To wszystko tutaj, nie tylko tamte i te słowa, to chwalenie siebie. Tak. W sposób niejawny. I nic ponad to. (Wy też to w końcu rozgryźliście?)
Już niczego więcej udawać nie muszę. Bez zawoalowania i ograniczeń. O sobie samej. Wspaniałej. W końcu mogę.

"Samochwała w kącie stała
I wciąż tak opowiadała
"


Ps. Pani od dawnej okazji "prawie walk w kisielu", za wydobycie prawdy, dziękuję. W nagrodę za zaległe bez odpowiedzi - mam dwanaście tysięcy sto siedemnaście dni. W bonusie dorzucam - i pieprzyka na podeszwie lewej stopy. Pozostała część cennej nagrody zostanie przesłana kurierem.

A teraz, mimo wszystko udam się chyba jednak pogrążyć w rozpaczy, niepodobaniu się sobie, w niewierze w siebie, w nielubieniu siebie, swojego życia i całego świata oraz przepraszaniu za moje mikro sukcesy i swoje radości niewielkie, co by następny wpis sprostał kolejnym oczekiwaniom i wpasował się w klimaty ;)

Bo chwalenie samej siebie przestaje mi już wystarczać. Teraz niech chwalą mnie inni. Litują się nade mną, komplementują i przekonują, że nie jestem beznadziejna ;))

Enjoy.

Skargi i zażalenia można składać od poniedziałku do niedzieli. Czynne przez całą dobę.
2012-01-12 ...
Dzień minął w słońcu i chmurach zza szyb.

Zmierzch spóźnił się o minutę w stosunku do wczoraj. Przynosząc pakiet bonusowych sekund pomiędzy wschodem a zachodem słońca. Wykorzystałam wszystkie. Te i te spoza abonamentu jasnego dnia. Przeznaczając je między innymi na opanowanie dokumentów, które, jestem pewna, rozmnażają się na moim biurku przez pączkowanie. Wystarczy spuścić je z oka. Zostawić samopas. Zaryzykowałam, zostawiłam i...

Wyszłam prosto w wiatr targający moje włosy. Z dziwnym przekonaniem, że o czymś ważnym zapomniałam. I z dostaną na do widzenia informacją, że jeśli się uda i być może po weekendowej zmianie oprogramowania firmowego będę miała do dyspozycji nową zabawkę. Tym samym zostanie położony kres mojemu dotychczasowemu niezadowoleniu, mojej niecierpliwości oraz irytacji, okazywanej ostentacyjnie i wyrzucanej z siebie zbitkami niełagodnych epitetów,  którymi traktowałam komputer. Hokus pokus. Zaczarują mi mój służbowy świat. Pod warunkiem, że nowy sprzęt będę traktowała z należytym szacunkiem. Żadnego kopania, walenia pięściami i warczenia. Dobrze. Prawie mogę to obiecać. Jednakże on nie może stawiać oporu i musi być chętny do współpracy. Wtedy być może nawet się polubimy.

Po powrocie do domu. Na noc się rozleniwiam. Jeszcze nie jestem na granicy sennego i zmęczonego zastygnięcia. A w zasadzie senność, która bywa bardzo żarłoczna wtedy, kiedy nie powinna (i odwrotnie), nie pożera mnie wcale.

Ze słuchawkami na uszach. Muzycznie się poniewieram.
Słowa i dźwięki mnie głaszczą. Bo jeśli nie ktoś to przynajmniej niech będzie to coś.

A obok wino w ładnym kieliszku i jego smak na języku, poparzonym popołudniowym pazernym łykiem kawy.
2012-01-11 ...
Nie lubię prymitywnych zaczepek. Nie lubię prymitywnych mężczyzn. Nie znoszę nawoływań, pogwizdywań i trąbień (od trąbienia). I nie wiem czy niektórym naprawdę wydaje się, że takie zachowania mogą zachwycać i że czynią z ich w oczach kobiety super bohatera? Zazwyczaj nie reaguję.

Wczorajsza późnowieczorna nadprogramowa wycieczka do sklepu po kawę (bo kawa to podstawa, być rano musi a jak się ma sklerozę to się spaceruje ponadplanowo) zesłała mi mężczyznę. Zesłanie owo nie miało nic wspólnego z romantycznymi spotkaniami przy świetle gwiazd ani nie było z gatunku "och, czekałem na ciebie całe wieki, tyś jedyna moja, padam do stóp twoich",  bo jak wiadomo takie rzeczy dzieją się tylko w filmach, ewentualnie w książkach. Nie było to także zesłanie z serii thrillerów gdzie wczesną nocą przyczajony napastnik czeka na swoją ofiarę by uprowadzić ją a później domagać się okupu. I bardzo dobrze, bo może lepiej nie sprawdzać czy ktokolwiek za "cenną" mnie byłby w stanie oddać swój majątek.

Zesłany mężczyzna stał na środku chodnika, którym dziarsko maszerowałam i palił papierosa. Kiedy przechodziłam obok niego, usłyszałam wow, jaka ślicznotka. Bez słowa ominęłam obiekt przeszkadzający i wróciłam na wytyczony wcześniej kurs. Jednak obiekt ów, najwidoczniej w wyniku niekorzystnego układu planet, będący zapewne nie w pełni rozumu i ze spaczonym poglądem, zaczął podążać za mną, mamrocząc wulgarnie co chciałby ze mną zrobić i jaka jestem wspaniała. Wszystko ma swoje granice. Tak samo moja cierpliwość. W końcu więc zatrzymałam się, odwróciłam i, oczywiście z wielką uprzejmością, kulturą, dobrym wychowaniem, czarem i urokiem osobistym, wysyczałam czy może się pan (zwrócenie się do osobnika per pan świadczy przecież o wszystkich wymienionych przeze mnie powyżej rzeczownikach, którymi określiłam z czym się zwróciłam do osobnika) kurwa ode mnie odpierdolić?

Oto ja. Pełna cnót ;)
2012-01-09 ...
W pakiecie wyjazdowym. Jakby na zamówienie. Śnieg. Miękko spadający na ziemię. Tuż po tym jak wieczorem dotarliśmy na miejsce. Uśmiechnęłam się automatycznie, życząc sobie całego weekendu w bajkowej scenerii. Niektóre życzenia się spełniają. Płatki leciały nieprzerwanie z chmur. Rzeczywistość stała się bajkowa. A ja zapomniałam o schematach, które zostały w szarym mieście.

Narty. Wieczory góralskie.(oj, oj - to na pewno był głos mojej wątroby, ale udałam, że go nie słyszałam) Łyżwy. Łażenie do całkowitego zmęczenia nóg. Kulig. Narty po raz drugi. Ogrom śmiechu. I radości z zasp, w które wpadałam po łydki i w które wrzucali mnie znajomi. Śnieg sypał się z gałęzi na moją głowę. A ja trzymałam się ciepło. W swojej ciepłej kurtce, rękawiczkach, butach i czapce wyjazdowej z pomponem. Bo przecież wiedziałam i wiem, że jestem delikatna (trzy ostatnie zdania są ze specjalną dedykacją dla Koraba :) się jak widać rozpędziłam ostatnio z dedykacjami) W jednym niepołamanym kawałku (zważywszy na te narty i łyżwy należy uznać to, jako cud).

W pakiecie wyjazdowym obite pośladki od upadków na stoku. Nic to jednak. Wszystko to nic. Bo reset. Bo odstres. Bo bezczas. Bo uśmiech. Bo ja. Wypoczęta kompletnym niemysleniem o "muszę".

I nawet nic to, że poniedziałek przygniótł mnie mnóstwem spraw służbowych tak bardzo, że nie miałam nawet czasu wypić kawy. Mobilizacja utrzymywała się na, powiedzmy, wysokim poziomie i były chęci do działania. Naładowane akumulatory (pomimo mega fizycznego zmęczenia) nie zaczęły się jeszcze wyczerpywać. Ciekawe tylko na ile wystarczy mi tej pozytywnej energii. Chociaż może lepiej się nad tym nie zastawiać.

A poniżej dla przypomnienia jak wygląda śnieg :)

  

  
2012-01-04 ...
Po wtorkowym powrocie z pracy do domu. Zamknęłam drzwi, odłożyłam klucze na półkę, ściągnęłam płaszcz, zrzuciłam buty i wtedy zadzwonił dzwonek.
- Za chwilę będzie u pani ksiądz - Oznajmili mi rezolutni ministranci stojący na mym skromnym progu. Żadnych pytań. Po prostu stwierdzenie faktu jakbym nie miała prawa veta.
- Ale ja nie przyjmuję księdza.
- Aha - usłyszałam chóralne, wątpliwe i bez przekonania brzmiące westchnienie.
Zamknęłam drzwi. I gdybym przeprowadziła nasłuch albo daleko posuniętą akcję szpiegowską pewnie usłyszałabym sprawozdanie składane księdzu, który później w swoich przepastnych księgach zaznacza to grubym pisakiem, z całą swą mocą, stawiając gigantyczny minus przy numerze mojego mieszkania. To już kolejny, który udało mi się nazbierać. Ale skoro dwa minusy tworzą plus... to może jednak nie do końca jestem stracona. Chociaż  tak naprawdę niesłychanie mało mnie to wszystko obchodzi.

Porankiem dzisiejszym ciemnym, gdy budzik roztrzaskał moje sny, rozkleiłam powieki ze słowami "a na szybie wiekuista chwała". Niewątpliwie bardzo wątpliwe staje się działanie trybów w mojej głowie a praca szarych komórek pozostawia wiele do życzenia. Na pewno coś dziwacznego mi się przyśniło, zostawiając mnie tylko z tym cudacznym zdaniem na ustach. Czy ja znowu mówię przez sen? Czy to jakaś metafora? Objawienie? Odsłoniłam rolety. Na szybie jedynie krople sunące leniwie w dół. To może pan, panie Freud mnie zinterpretuje?

W pracy od poniedziałku powoli rośnie sterta poświątecznych i noworocznych "to dla pani za naszą owocną współpracę". Spokojnie mogę już zorganizować libację serwując różnorakie trunki oraz racząc zebranych kawami i czekoladkami. Poza bardzo gorzką, która jest jedna i w związku z tym przeznaczam ją dla siebie. Z pazerności w całości. To, co? Rozpusta, picie i żarcie? Grzeszymy? A może poczekać z "mam gest, stawiam wszystkim" na moje styczniowe imienne? Bo i tak się od tego chyba nie wymigam. Już docierają do mnie zawoalowane sugestie, że może jednak coś zorganizuję. Pomocy! (no dobrze. można szykować prezenty. oczekiwać będę z niecierpliwością. przecież tylko dlatego o tym wspomniałam. w który konkretnie dzień proszę sobie sprawdzić w kalendarzach)

Jutro popołudniem natomiast witaj szeroka drogo. Udaję się na zasłużone weekendowe odpoczywanie poza miastem. Uprzedzam więc o mej ciszy i nieobecności aby nie było podejrzeń, że moje milczenie oznacza porwanie mnie przez złe moce albo pochłonięcie przez czarną dziurę. Bądźcie grzeczni i tęsknijcie a będziecie tęsknieni :)


Zobacz serwisy INTERIA.PL